Aktualności, Słowo na dziś

Trzy słowa, które każdy weganin pozna w 2015 roku

Pantone co roku ogłasza, jaki kolor będzie najmodniejszy w nadchodzących miesiącach, ja pozwolę sobie wmowić Wam, że przedstawione w tym tekście słowa podbiją wegańskie rozmowy w 2015 roku. Całkiem sprytnie robię to po 4 miesiącach obserwacji, ale liczę na Wasze przebaczenie.

Food shaming

Analogicznie do body/fat/skinny/slut shamingu, czyli zawstydzania i piętnowania typów figury lub stylu życia, których jakaś tam część społeczeństwa nie akceptuje, food shaming polega na krytykowaniu tego, co jedzą inni, oraz doprowadzaniu do tego, że czują się z tego powodu winni. Słowo poznałam dzięki Cosmo albo Women’s Health – cały artykuł poświęcony był właśnie temu, jak ludzie lubią czepiać się cudzych talerzy.

Co to ma wspólnego z weganizmem?

O ile samo określenie food shaming jeszcze nie podbiło wegańskiego internetu, o tyle samo zjawisko ma się bardzo dobrze. Food shaming wśród wegan zazwyczaj sprowadza się do analizowania składu wegańskich produktów i potraw i wytykaniu weganom, że ich weganizm nie jest zdrowy. Bo – jak wiadomo – każdy ma obowiązek dostosowania się do cudzych standardów odżywiania. Wszystkie reakcje spod znaku „Sama chemia” to własnie food shaming. Tak samo jak komentarze, że niezbyt zdrowo, że za bardzo przetworzone, że z glutenem, że z cukrem…

Ostatnio food shaming zaczyna działać też w drugą stronę – ci zmęczeni wytykaniem chemii i braku fasoli zaczęli ofensywę i podkreślają na każdym kroku zawartość glutenu, półproduktów, glutaminianiu i całej reszty niechcianych przez innych składników. I powoli zaczynają piętnować tych, którzy na swój obiad wybierają zdrową, witariańską sałatkę.

Veganic/weganiczny

Czyli wegański i organiczny. Częsty postulat wielu dyskutantów to „weganizm to też zdrowe odżywianie” i zaznaczanie, że żywność organiczna to jedyny słuszny wybór. Choć jestem zwolenniczką wybierania produktów Fair Trade, lokalnych i w miarę możliwości ekologicznych (mimo że nie znoszę tego określenia), uważam, że postulowanie „weganiczności” na każdym kroku raczej szkodzi tzw. „sprawie”. Sprawie, czyli temu, o co walczy większość (przynajmniej spośród znanych mi) wegan – o świat bez przemocy wobec zwierząt. Dla wielu osób dieta pozbawiona mięsa, nabiału i jaj to już spore ograniczenie, jeśli dorzucimy im „przykazanie” o organicznym-bio-eko pożywieniu, mogą się zniechęcić.

Z drugiej strony fajnie, że pojawiło się takie określenie. Może to ułatwi podział (bo nie wystarczy nam rozłam pomiędzy weganami i wegetarianami, nie?) na „tylko” wegan i osób na diecie weganicznej.

Pragmatyzm

Nie jest to słowo nowe, ale zdecydowanie częściej pojawiające się w kontekście promowania diety roślinnej i praw zwierząt. Bardzo mnie cieszy, że zaczynamy w Polsce kłaść większy nacisk na efekty naszych działań i faktyczny wpływ na życie zwierząt, zamiast skupiać się na poklepywaniu po plecach w kółeczkach wzajemnej adoracji. I choć wiem, że nawet wśród „pragmatycznych” wegan (widzicie, dzielimy już też etycznych) nie wszyscy będą się ze sobą zgadzać, mam poczucie, że działania organizacji i pojedynczych osób zmierzają w dobrym kierunku.

Bo naprawdę dyskusje na temat weganizmu wegan, osobiste wycieczki i licytowanie się, kto jest lepszym weganinem, nie mają wplywu na los zwierząt. oczywiscie maja wpływ podejmowane na ich podstawie decyzje, dlatego warto dyskutować o tym, co jest skuteczne, a nie z czym się lepiej czujemy.

Jeśli bardziej niż zdjęcie cudzego obiadu i kolejna dyskusja o B12 interesują Was konkrety, wpadajcie na FB do grupy Pragmatyczny weganizm i wegetarianizm. Zapoznajcie się najpierw z jej regulaminem i opisem. Obiecuję, że znajdziecie tam sporo wartościowych dyskusji i informacji na temat prozwierzęcego aktywizmu i weganizmu, związanych zarówno z psychologią i socjologią jak i ze zdrowiem.