Aktualności, Moim zdaniem, Słowo na dziś

Granice wegańskich wyborów

Niemso od rzeźnika i czy pójdę do cyrku mającego zwierzęta – wieczorne rozterki.

Od jakiegoś tygodnia męczy mnie znów ten temat, choć wydawało mi się, że mam już ułożoną opinię: gdzie stawiam granicę swoich wegańskich wyborów. I nie mam na myśli składu, chodzi mi o wybieranie firm, które nie są w 100% weg*ańskie.

Kwestie jedzeniowe to dla mnie dość prosta sprawa: dopóki zgadza się skład wg moich zasad, dopóty coś jest wegańskie. Wspominam o moich zasadach, bo wiem, że jedna osoba oleje potencjalnie niewegańskie rybonukleotydy disodowe (na które ja zwracam uwagę), a ktoś inny będzie pilnował w składzie oleju palmowego (ale o tym innym razem, bo temat na osobny, dłuższy wpis). Przechodziłam, jak pewnie większość weg*an, fazę „bojkotowania” McDonalda i wszystkiego z Unilevera (tego nadal unikam). Ale z grubsza moje wybory zakupowe wyglądają tak.

[bojkot jest w cudzysłowie, bo to, co często nazywamy „osobistym bojkotem” jest po prostu preferencjami zakupowymi, głosowaniem portfelem itd. – bojkot z założenia jest masowym działaniem i na żadnej firmie jedna Kamila, która odłoży coś na półkę w spożywczaku, nie zrobi wrażenia]

I dla niektórych to podejście będzie problematyczne. Wiele osób oburza się na kupowanie niemsa i innych wegańskich/wegetariańskich produktów od producentów, których podstawowa działalność oparta jest o mięso lub nabiał. Temat wraca przy każdej nowości wypuszczonej przez zakłady mięsne (tylko właśnie – czy to są zakłady mięsne czy po prostu producenci z FMCG?) – jak można wspierać kogoś, kto bogaci się na co dzień na cierpieniu zwierząt? Z drugiej strony często następuje w tym momencie odbicie piłeczki w postaci argumentu „a to tofu w Biedronce też nie kupisz, skoro w lodówce obok leży mięso?” – zresztą bardzo celne odbicie piłeczki, dobrze podsumowujące o co mi chodzi w tym wybieraniu własnych granic.

Czy kupisz tofu u rzeźnika?

Teoretycznie to powinien być prosty wybór: nie, nie kupuję w firmach mięsnych. Tylko że te firmy to naturalni sprzymierzeńcy rozwoju oferty wegańskich produktów białkowych – mają finansowe i technologiczne zaplecze, kontakty, sieci dystrybucji, a co za tym idzie dużo niższy próg wejścia niż małe wegebiznesy (choć oczywiście są i takie, które się świetnie wybiły i trafiły do Lidlów i Biedronek, chociażby Bezmięsny czy Wegańskie Siostry).

Ale zajrzyjcie do posta, który udostępniłam od Everyday Hero – tak duży wzrost kategorii roślinnych „zamienników” nie byłby możliwy bez udziału firm wielkości Tarczyńskiego czy Sokołowa.

 

W idealnym świecie każda firma wchodząca na rynek roślinny rezygnowałaby ze sprzedaży produktów odzwierzęcych. I są takie przypadki -na naszym rodzimym rynku najlepszym przykładem jest Magda – firma, która porzuciła nabiał odzwierzęcy na rzecz roślinnego. Jednak dla zdecydowanej większości firm to zbyt drastyczna zmiana i niemso i inne tego typu produkty służą rozszerzaniu portfolio i utrzymywaniu swoich udziałów w rynku mimo zmian preferencji żywieniowych klientów.

Nie pamiętam, która marka to powiedziała, ale uwielbiam cytat o tym, że X nie chce być liderem sprzedaży mięsa tylko białka. Dużo mądrych rzeczy tego typu można posłuchać na coraz częstszych konferencjach poświęconych rynkowi produktów roślinnych, np. Plant-Powered Perspectives, bardzo polecam, jeśli Was interesuje ta tematyka.

5 pokoleń kosmetyków

Może zauważyliście, że prawie nigdy nie wrzucam na swoich kanałach info o kosmetykach. Zwyczajnie boję się tego tematu, bo w moim odczuciu śledzenie cruelty-freeskości produktów czasem przypomina polowanie na czarownice i sprawdzanie firm do kilku pokoleń wstecz. Typu „nie dodamy marki na naszą listę, bo ma w ofercie 3 produkty, które mają składnik, który był testowany w latach 80 (tak, 40 lat temu)”.

Bo o ile skład produktu jest prosty (choć i tak trudniejszy niż ten jedzeniowy, bo składniki są często po angielsku, a poszczególne substancje odzwierzęce mogą występować pod bardzo różnymi nazwami), to temat testowania uważam za podchwytliwy. Zresztą wiele testujących firm wykorzystywało i wykorzystuje to w swojej komunikacji – „produkt nie był testowany na zwierzętach” może oznaczać, że ten konkretny nie był, ale 99% jego prototypów lub inne warianty już tak. Lub składniki.

W drugą stronę wygląda to tak, że osoby szukające kosmetyków pozbawionych okrucieństwa (cruelty-free), zaczynają śledztwa na temat każdego składnika i dostawców składników, spółek-córek, -matek i całych koncernów z powiązanymi markami. No i pytanie, gdzie to się powinno skończyć? Czy jeśli dana linia kosmetyków (albo cały brand) jest w 100% roślinna i nietestowana, ALE inne produkty tego samego producenta już tak, to czy to powód do uznania tych WEGAŃSKICH NIETESTOWANYCH kosmetyków za niebędące cruelty-free? Czy jeśli sprawdzamy składniki, to naprawdę ma znaczenie, że firma nie odrzuciła powszechnie stosowanej substancji, bo ktoś kilkadziesiąt lat wcześniej ją testował? Tym sposobem powinniśmy przestać kupować sporą część żywności (oczywiście przetworzonej), a nawet… plastiku. Bo nie tylko kosmetyki testuje się na zwierzętach.

Szanuję indywidualne wybory osób, które decydują się na taką skrupulatność. Ale uważam, że na szerszą skalę nie jest to produktywne działanie. Wracając do przykładu żywności: sprawdzanie browarów pod kątem klarowania piwa żelatyną dla wielu osób jest przesadą. Ja to robię, bo na tyle rzadko piję alkohol, że mi się chce + przyzwyczaiłam się (te rybonukleotydy disodowe to też po prostu bycie dinozaurem weganizmu, gdybym przechodziła na dietę roślinną później, to pewnie bym je olewała). Ale mam świadomość, że dla szerszej zmiany większe znaczenie ma to, że wyślę do firmy maila z pytaniem i w ogóle podniosę ten temat, niż to, że wydam te moje 7 zł na co innego w razie negatywnej odpowiedzi.

Do rzeczy, czyli kto idzie do cyrku

Powyżej opisałam moje dość ugruntowane poglądy na tematy wegańskości produktów i wyborów zakupowych. Ale pojawił się nowy problem: cyrki. Cirque du Soleil, najbardziej znany cyrk bez zwierząt (i w ogóle jeden z najbardziej znanych), to bardzo prosta opcja: nie mają i nigdy nie mieli zwierząt, cały swój repertuar opierają o niesamowite występy akrobatów i tancerzy. Cyrki z pokazami z „treserami” – równie proste, nigdy nie pójdę.

Jednak ostatnio trafiłam na plakat polskiego cyrku (nazwa nieistotna). Zero informacji o lwach, fokach, nie wiem czym tam jeszcze. Po dalszej weryfikacji okazało się, że faktycznie – pokazy są w 100% „ludzkie”. Ale w mojej głowie ten cyrk to jedno z uosobień bodaj najgorszej rozrywki, jaka istnieje. No ale jeśli zrezygnowali ze zwierząt, to super!

Co się okazało? Cyrk nadal ma zwierzęta, ale ma też trasę/pokazy bez nich. Takie właśnie z tą lepszą stroną cyrku – z magikami, klaunami, akrobatami i innymi artystami. Ale nadal ma także te z tresurą. I co teraz? W pierwszym odruchu pomyślałam, że to oczywiste, że nie pójdę do takiego miejsca – zarobione na tym pieniądze mogą wykorzystać do kupowania kolejnych zwierząt, do promowania tej części ich działalności. I od razu uderzyło mnie, że zaraz – takie same teksty, ale dotyczące żywności, traktuję jako niepragmatyczne, krótkowzroczne i idealistyczne (czyt.: naiwne).

To jeszcze raz: i co teraz? Pójście do tego cyrku to pokazanie właścicielom, że spektakl pozbawiony znęcania się nad zwierzętami może przynosić zyski, ba! Może cieszyć się większym zainteresowaniem niż ten z biednymi lwami i wielbłądami. Że to krok w dobrym kierunku, że dobrze wpływa na ich PR. No i tak sobie rozkminiam od jakiegoś czasu. Iść, nie iść (chociaż już chyba wyjechali z mojego miasta). Czy pójdę w przyszłości? Gdyby oficjalnie zadeklarowali „odchodzimy od pokazów ze zwierzętami”, byłoby mi łatwiej. Chociaż takich gestów nie oczekuję od Łowicza, Tarczyńskiego i reszty.

P.S. Żeby nie wyszło, że uważam, że nie mamy na nic wpływu i żadna różnica, co robimy i co kupujemy: MAMY WPŁYW. Ale jako masa, a nie pojedyncze ludziki przy kasie osiedlowego sklepu. Ważniejsze jest marudzenie firmom, wspólna presja, lobbowanie za zmianami. Wsparcie mediów, wyniki sondaży, deklarowanie preferencji zakupowych: tylko duże liczby zrobią wrażenie na koncernach.